O mnie

pazar.jut@gmail.com (może żeby do mnie napisać alboco)

piątek, 7 czerwca 2013

Henri Charriere "Papillon"



 "Miotana przez fale niczym źdźbło słomy łódka wspina się na ich niebotyczne grzbiety, po czym zapada w dół tak głęboko, że wydaje nam się, iż to już koniec. A jednak stale wypływa na wierzch, wspina się na grzbiet kolejnej fali, jeszcze jednej i następnej, i znów daje nurka w morską otchłań."

 "Żyję tylko jednym: uciec, uciec, w pojedynkę lub z kimś, ale uciec! Choć myśl ta nie daje mi spokoju i spędza sen z powiek, idąc za radą Jeana Castellego, nie dzielę się nią z nikim. I nie zawaham się przed niczym, aby prysnąć."

 "Gdyż właśnie tutaj, zdany na pastwę  żywiołów przyrody, wiatru, morza; tu, pomiędzy głębokimi falami i imponującym, zielonym sklepieniem dżungli, czuje się człowiek nieskończenie mały względem wszystkiego, co go otacza, i być może, wcale go nie szukając, spotyka Boga, jakby dotyka go palcem. Tak jak Go dotykałem w ciemnościach przez te tysiące godzin, jakie spędziłem w lochach, gdzie -pogrzebany żywcem -przebywałem pozbawiony jednego promienia światła, dotykam Go i dzisiaj w jasnym blasku tego słońca, które wstaje, żeby spalić wszystko, co nie jest w stanie mu się oprzeć; naprawdę dotykam Boga, czuję go wokół siebie, w sobie. Szepcze mi do ucha: "Cierpisz i cierpieć będziesz jeszcze bardziej, ale tym razem postanowiłem być przy tobie. Wyjdziesz z tej próby wolny i zwycięski, obiecuję ci to."

 

poniedziałek, 13 maja 2013

Z zeszytu pewnego ośmiolatka










 Szewczyk Dratewka miał trzy zadania do wykonania: Pomóc zwierzętom, a one potem odwdzięczyły mu się. Uratować królewnę. Żyć z nią długo i szczęśliwie.


piątek, 10 maja 2013

Twoje miejsce pod słońcem

 Nie na plaży Costa Brava, ani na jednej z wysp archipelagu Fidżi, ani na luksusowym transatlantyku pośrodku oceanu, ani na pełnomorskim jachcie płynącym wzdłuż wybrzeży Nowej Kaledonii, ani na łące Jana Janiaka we wsi Jany Średnie, lecz na ciasnym balkonie jednego z wieżowców na peryferyjnym osiedlu miasta w centralnej Polsce, rozkoszował się lekkimi dotknięciami wiatru i błogosławionym ciepłem majowego słońca odczuwanymi na swej zmęczonej twarzy pewien człowiek, chwytający kurczowo każdą mijającą sekundę tej z wielkim trudem wyrwanej z kołowrota zajęć godziny i usiłujący nie słyszeć ryku aut jadących nieprzerwanym sznurem ulicą w dole.


środa, 8 maja 2013

Brzeg


 Przeszedł obok bloków, ale zupełnie innych od tego jednego z dziesiątek bliźniaczych sześcianów z rzędami okien, w którym mieszkał w swoim mieście daleko stąd, następnie skręcił w ulicę Trzech Kotwic, gdzie niedaleko ulicy Piastowskiej znajdował się prywatny sklep wędliniarski ze swoją specjalnością -końską kiełbasą, po którą przyjeżdżano podobno z daleka, a której on nie miał nie miał odwagi kupić sobie na spróbowanie, ponieważ w rozmaitych opowieściach obrzydzano mu koninę od dzieciństwa. Minął hotel "Piast" z restauracją na parterze, z której do późna w noc słychać było muzykę -od kilku dni miał tu wynajęty mały pokoik na ostatnim piętrze z umywalką, niezbędnymi meblami oraz oknem z widokiem na stojącą po przeciwnej stronie ulicy kamienicę i księżyc tak jasny, że aż raził w oczy gdy na niego wieczorami patrzył, ponad nią. Szedł kawałek ruchliwą i dosyć tłoczną ulicą, potem skręcił w ulicę o wiele mniej tłoczną i prawie bez aut, chyba na Stare Miasto -gdzieś tu był ten bar, w którym zaraz na początku pobytu zamówił gołąbki z ryżem i mięsem, a po podaniu okazały się one gołąbkami z ryżem bez mięsa. Potem już jadał na dworcu. Poszedł w stronę kościoła św. Mikołaja, którego gotyckie wnętrze tak wielkie na nim zrobiło wrażenie swoją wysokością. Wszedł do środka.
 Modlił się.
 Żeby Bóg wskazał mu drogę.
 Nie miłość, lecz samotność sprawiła, że znalazł się w tym miasteczku, które od początku polubił, że piąty już dzień spędzał przedpołudnia spacerując jego ulicami, czekając aż skończy pracę ta, do której przyjechał, dziewczyna o niemodnym imieniu. Szli potem coś zjeść, albo tylko na lody -był straszny upał -albo się opalać, albo pochodzić po mieście, pokazywała mu różne ciekawe miejsca. Wracali do hotelu, z restauracji na dole do późna w noc słychać było muzykę. Jutro sobota, będą mieli całe dwa dni tylko dla siebie -planowali zrobić sobie jakąś wycieczkę.
 Nie miłość lecz jej brak sprawił, że wkrótce wyjechał z tego miasteczka na zawsze. Samotność czekała na niego w pociągu.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Tęsknota




 Jechał...
 Nie, nie jechał.
 Był w swoim mieszkaniu. Na ósmym piętrze. Patrzył przez okno z wysoka.
 To była jego godzina. Po skończonym dniu, kiedy wszyscy domownicy już spali, miał ją tylko dla siebie -godzinę o wiele godzin za krótką, za którą płacił w ciągu dnia chronicznym niewyspaniem.
 Znów go usłyszał -daleki gwizd, czy raczej trąbienie pociągu, a teraz słychać nawet stukot kół. Wiatr pewnie wieje od strony niewidocznego za blokami dworca, wtedy zawsze tak słychać.
 Więc jechał...
 Stukanie kół było teraz głośne, jego rytm zwalniał bądź przyśpieszał w zależności od prędkości pociągu, pod stopami czuł drgania podłogi. Szedł korytarzem zaglądając do kolejno mijanych przedziałów -czasem ktoś odpowiadał mu stamtąd obojętnym, sennym spojrzeniem. Było sporo wolnych miejsc, mimo to szedł dalej. Teraz siedział w ciepłym przedziale -jakaś starsza kobieta bezmyślnie patrząca w ciemne okno, nogi śpiącego mężczyzny, którego tułów był zakryty wiszącym na haku płaszczem, młoda siedząca naprzeciwko dziewczyna jedząca jabłko. Patrzył trochę na nią, trochę na korytarz, nie chciało mu się spać. Kolejna zmiana, znów inny pociąg, tym razem zatłoczony do granic możliwości -o miejscu w przedziale nawet nie ma co marzyć, korytarz pełen stojących ludzi i szczęśliwcy siedzący na tych rozkładanych siedzeniach pomiędzy oknami. Trzymał się jakiegoś uchwytu i drzemał stojąc. Teraz znowu korytarz był pusty. Stał oparty plecami o drzwi przedziału i palił papierosa patrząc w okno -na tle ciemnych pól, trochę jaśniejszego nieba i dalekich świateł jakiejś mijanej wioski widział odbicie korytarza i swojej zmęczonej twarzy.
 Nie palił papierosów, rzucił palenie jakieś dziesięć lat temu.
 Okno było oknem jego mieszkania na ósmym piętrze.
 Nie jechał.
 Miał tu obowiązki.
  
 

niedziela, 28 kwietnia 2013

Rekwiem dla Mirka Nazara


 Pewnego razu szedłem skądś dokądś. Na mojej drodze był wielki cmentarz, który trzeba było obejść -postanowiłem skrócić sobie drogę, przeskoczyć płot i wyjść bramą z drugiej strony. Przelazłem przez betonowy parkan i znalazłem się na cmentarzu, ale jakby z innego czasu i miejsca -prawie żadnych pomników ani nawet drewnianych korytek, tylko porośnięte trawą i zachwaszczone kopczyki z jednakowymi, drewnianymi krzyżami. Na niektórych tabliczkach zamiast nazwisk widniały tylko litery "nn" -domyśliłem się, że leżą tu osoby pochowane na koszt państwa. Słyszałem niedawno, że w Domu Pomocy Społecznej, gdzie kiedyś pracowałem zmarł Mirosław Nazary, podopieczny z grupy, którą przez jakiś czas się opiekowałem. Nie miał rodziny więc pomyślałem sobie, że pewnie leży gdzieś w Polsce na takim właśnie cmentarzu. Przeszedłem obok kilku krzyży czytając nazwiska na tabliczkach i nagle... stanąłem przed jego grobem! Co sprowadziło mnie w to miejsce, Bóg czy on przywołał mnie tu z zaświatów? Uznałem to za jakiś niezrozumiały cud i poszedłem kupić mu znicz.
 Na przełomie XIX i XX wieku na wzgórzu, gdzie znajduje się najstarsza część cmentarza przy ulicy Szczecińskiej w Łodzi stał jeszcze wiatrak. W czasie I-ej wojny światowej pochowano tu poległych żołnierzy, w okresie międzywojennym założono cmentarz. Po 1972 roku zaczęto go powiększać, przyłączono przylegające do cmentarza łąki nazywane przez okolicznych mieszkańców "piekiełkiem". Podczas kopania grobów natrafiono na urny -odkryto cmentarzysko z II-III wieku naszej ery. Zmarli z tamtych zamierzchłych czasów i zmarli teraz -złączeni miejscem, rozdzieleni przepaścią wieków.
 Wczesnowiosenny pochmurny dzień, po kilku latach nieobecności znów stoję przy grobie Mirka. Nie wybrałem się tu z jakiegoś specjalnego powodu jak np. rocznica śmierci, czy nagły atak tęsknoty za zmarłym -jakoś tak sobie o tym miejscu przypomniałem, a przyjechałem akurat z braku czegokolwiek innego do roboty. Jego ojcem był podobno jakiś Arab, matka zdaje się zostawiła go zaraz po urodzeniu w szpitalu. Brakowało mu sporego kawałka kości z tyłu głowy, chodził, ale słabo, miał chyba padaczkę -choci nie jestem pewien, już nie pamiętam. Nie reagował nawet na swoje imię, jadł tylko papki, którymi trzeba go było karmić, załatwiał się w pieluchy. Pamiętam go w takich rajtuzach dla dorosłych, jak snuł się drżącym krokiem po "małej bawialni" -pustym pokoju bez żadnych sprzętów, w którym przebywało kilku najbardziej upośledzonych chłopców -albo siedział pod ścianą. Potem ktoś go popchnął, przewrócił się i złamał rękę -miał założony gips i siedział w wózku inwalidzkim przywiązany, żeby nie wstawał. Zmarł w wieku 21 lat, ale nie wiem na co, już tam wtedy nie pracowałem.
 Część krzyża, która była wkopana w ziemię spróchniała, leży on przewrócony na zapadniętym kopczyku.  Wkopuję go na nowo -jest teraz krótszy, ale zawsze to krzyż. Dobrze, że zabrałem łopatkę. Kiedyś planowałem zrobić tu trochę porządku, może wkopać korytko, ostatecznie doszedłem do wniosku, że niech zostanie tak jak jest. Spośród chwastów wybieram kawałki popękanego znicza -tego, który postawiłem tu kilka lat temu -zapalam w tym miejscu nowy. Stoję jeszcze chwilę.
 Do mijanego po drodze pojemnika na śmieci wrzucam brudne, okopcone szkiełka, zebrane kawałki poprzedniego znicza.

 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Niebo



  Po przebudzeniu leżał jeszcze przez jakiś czas i patrzył w sufit -myśląc o oczekującym go dniu próbował się pocieszać, że przecież nie jest tak źle.
 W łazience patrząc w lustro na swoją twarz najpierw uczesał włosy, a potem golił ją starannie.
 Podczas przygotowywania śniadania zapatrzył się przez chwilę pustym, niewidzącym wzrokiem na przejeżdżające za oknem samochody.
 W pokoju włączył telewizor. Jadł kanapki i popijał herbatę przerzucając kanały i patrząc -prawie na każdym ludzie poruszali ustami i mówili, mówili, mówili rzeczy, które go w ogóle nie obchodziły.
  Na dworze prawie nie widział otoczenia, rozmyślał o nieudanych stosunkach międzyludzkich pomiędzy nim, a przedstawicielami ludzkości w osobach jego szwagra i szwagierki, ze szczególnym uwzględnieniem ostatniego incydentu, który miał miejsce podczas ich sobotniego spotkania.
 Na przystanku autobusowym popatrzył w niebo.
 I je zobaczył.
 Z jego ogromem, bezmiarem i pięknem, którego widok pomagał przetrwać we wszelkich rodzajach uwięzienia.
 Z porażającą od patrzenia w nie tęsknotą i nadzieją, że istnieje coś innego, coś więcej.
 "Wciąż zapominam o niebie, które jest tam w górze" -pomyślał. "Wciąż zapominam o Bogu, który jest."


piątek, 19 kwietnia 2013

Dwa zdania spod kosza na śmieci


  Więc było to 25 lat temu, że przebywał przez okres kilku tygodni w pewnym miejscu, które znienawidził, ale wcale nie dlatego, że było ono samo w sobie jakoś szczególnie złe i okropne, chociaż bardzo dobre również raczej nie było, ale dlatego, że nie przebywał tam z własnej woli, że musiał tam być, a chciał znaleźć się zupełnie gdzie indziej, co wydawało mu się nawet sprawą życia i śmierci, a co potem okazało się rzeczywiście sprawą życia, że się stamtąd wydostał, a co mogło się okazać sprawą śmierci, gdyby mu się to nie udało -więc znienawidził w tamtym czasie to miejsce i żeby się na nim odegrać zaśmiecał je na potęgę, lecz obiecał sobie i Panu Bogu, że jeśli się z niego wydostanie, to już nigdy nigdzie nie będzie śmiecił. 
 Taka jest praprzyczyna tego, że pewien mężczyzna w średnim wieku podniósł z ziemi upuszczony przez siebie przypadkiem skasowany i niepotrzebny mu już bilet autobusowy PKS, a następnie wrzucił go do najbliżej znajdującego się kosza na śmieci, co miało miejsce na rynku małego miasteczka na Kujawach latem zeszłego roku, we wczesnych godzinach popołudniowych.




wtorek, 16 kwietnia 2013

Około siódmej


Około siódmej trzeba było wyjść z domu, żeby zdążyć -teraz zimą było o tej porze jeszcze ciemno. Do poprzedniej szkoły chodziło się na ósmą, czasem później, w dodatku miał do niej może co najwyżej z dwieście metrów. Po ośmiu latach wszystko tam było znane, oswojone, miało się ugruntowaną pozycję w klasie, kolegów, w tym jednego najlepszego. Tyle, że pod koniec jakoś nie szło mu nauce...
 Szedł -piętnastoletni chudzielec w czapce narciarskiej, krótkiej trochę zbyt cienkiej kurtce i kupionych niedawno zimowych kozakach, które mu obtarły stopy -wśród większych i mniejszych cementowych sześcianów, w których ludzie żyli jedni nad drugimi i obok siebie. Jak półki w bibliotece, gdzie każde mieszkanie to książka z historią jego mieszkańców. "Saga rodu Skórzastych", "Dzieje związków erotycznych Wojciecha Kędziorka", "Ostatnie lata życia emerytowanej nauczycielki Jadwigi Kośl" -i setki, tysiące tego typu tytułów. Tu się urodził, wychował, tego miejsca z roku na rok coraz bardziej nie znosił.
 Wzdłuż chodnika, którym teraz szedł był wąski trawnik z szeregiem dużych topoli, a za nim asfaltowa jezdnia -lubił tan odcinek, trochę jakby się szło brzegiem rzeki. "Dlaczego codziennie idę do tego okropnego miejsca, jak nazywa się siła, która mnie do tego zmusza i czemu jej ulegam, dlaczego nie skręcam gdzieś w bok?" Najgorsze były warsztaty -brudne, przetłuszczone drelichy, robocze buciory i czarny beret, w którym wyglądał okropnie. Czarna kawa w emaliowanych kubkach i wiecznie brudne ręce z odciskami i czarnymi wżerami wokół paznokci, których nie dawało się niczym usunąć. I to piłowanie, wiercenie, toczenie, frezowanie. Normy, które trzeba było zdążyć wykonać i wielkie maszyny, których na początku się bał, żeby nie obcięło palca, albo nie urwało całej ręki. W szkole nie było ani jednej dziewczyny, sami chłopcy. Bójki, krew lejąca się z rozbitych nosów, prostactwo i wulgarność, z jakimi nigdy się wcześniej nie zetknął. Trzeba sobie jakoś radzić... Niedawny pobyt u Babci na wsi -zapach zaoranych pól ciągnących się aż po horyzont i bezmiar nieba nad głową. Wyprawy z kuzynem do lasu i na bagna. Nocne niebo tak niesamowicie rozgwieżdżone i jakiś głos zdający się wzywać stamtąd przykutego do ziemi człowieka. Tu w mieście widać było co najwyżej kilka najjaśniejszych gwiazd. Często wyobrażał sobie, że kiedyś ucieknie z domu, że będzie żył w lesie, gdzie zbuduje sobie szałas albo ziemiankę, że będzie z łukiem polował na dzikie zwierzęta. Dosłownie oszalał na punkcie Stachury po przeczytaniu opowiadania "Jasny pobyt nadrzeczny".
 Doszedł do szerokiej kilkupasmowej ulicy, dołączył do postaci czekających na tramwaj. Wsiadł do pierwszego, który nadjechał, stał się jedną z postaci jadących tramwajem. Już na następnym przystanku wysiadł -stąd widać już było szkołę, za nią był budynek warsztatów. Oświetlone jarzeniowymi lampami hol i korytarz -na jego końcu widać było halę z maszynami, wcześniej znajdowały się żelazne drzwi do szatni. Boksy z wiszącymi na rzędach haków drelichami, odnalazł swój wśród równie brudnych i przesiąkniętych olejem. Zapach warsztatu...


wtorek, 9 kwietnia 2013

Różaniec

"Czy chcielibyście mieć taką radiostację, za pomocą której można o każdej porze połączyć się z Panem Bogiem? Otóż wyobraźcie sobie, że taka radiostacja istnieje! A jest nią różaniec!" -zapamiętane z czasu dzieciństwa słowa Siostry Gertrudy, Rozalii, a może Laurencji, wypowiedziane w salce katechetycznej Kościoła Ojców Pasjonistów na wtedy nowopowstałym blokowisku w mieście Ł., podczas lekcji religii, której wtedy nie uczono w szkole. W zwykłej willi, która przez pewien czas pełniła rolę kaplicy obecnie mieszkają zakonnice, obok wznosi się budowany wtedy duży kościół, a w miejscu gdzie były salki, w których uczyliśmy się religii, jest chyba trawnik. Gdzie jest i czy jeszcze żyje Siostra Gertruda, Rozalia, a może Laurencja -nie wiadomo.
Dołączona do Gazety Kujawskiej ulotka zachęcająca do kupna jakiejś książki, z rysunkiem i szczegółową instrukcją odmawiania różańca, którą znalazłem w domku nad brzegiem jeziora, wśród bagien i pól, w bardzo trudnym dla mnie okresie.

 

czwartek, 28 marca 2013

Niedobór sensu


nalazłem ją przypadkowo w internecie. Tę informację, że w mieście Ł., przy głównej -kilkanaście lat temu zamienionej na deptak -ulicy, pod numerem 25 znajduje się kamienica, której fasada jest wykonana z drewna. Znaczy nie cała fasada -tylko do pierwszego piętra. Sam parter ze znajdującym się od strony ulicy sklepem. Czyli, że te jakieś kolumienki i ozdoby otaczające okna wystawowe i drzwi wejściowe tego sklepu -że one są zrobione z drewna. Chyba wszystkie kamienice przy tej ulicy są murowane, ozdoby na fasadach są wykonane z tynku, a tu pod warstwą starej, zszarzałej farby -drewno!
Długa ta zima -pierwszy dzień kalendarzowej wiosny, a tu ciągle śnieg. Podobno są kraje, w których w ogóle nie ma zimy, wciąż lato z niewiarygodnymi upałami. Musi to byc prawda, bo pokazują czasem w telewizji, uczyli o tym w szkole, a nawet sam znam ludzi, którzy tam podobno byli. Co do mnie, to przebywałem kiedyś dwa tygodnie w tej górnej, czyli północnej części Afryki, ale tam prawdziwe upały miały się zaczynać w drugiej połowie czerwca, a była to połowa pierwsza i było ciepło, ale tak jak i u nas bywa w tym okresie. Co prawda co dzień było prawie bezchmurne niebo i tylko raz padało, ale przecież i w Polsce bywają takie okresy. Tam i z powrotem leciało się samolotem -szybki i nic poza tym sposób podróżowania. Wsiada się, leci, po stosunkowo krótkim czasie wysiada w całkiem innej części globu -i wszystko! Gdzie mozolne i wytrwałe pokonywanie kilometrów, gdzie cała mistyka podróży?
Popychany żyłką odkrywcy-amatora, stanąwszy przed jedną z zagadek miasta, w którym przyszło mi mieszkać -postanowiłem zbadać sprawę tajemniczej fasady osobiście. Wahałem się trochę jaki środek lokomocji wybrać, żeby się tam dostać, jednak po dogłębnej analizie wszystkich "za" i "przeciw", jako że mogę jeździć komunikacją miejską bezpłatnie (z powodów, których wyjaśnienie wykraczałoby poza ramy tej krótkiej opowieści) -wybrałem podróż tramwajem jako tańszą niż własnym samochodem. Ważne jest również, że pozwoliło to uniknąć znoszenia i podłączania akumulatora, oraz skrobania oblodzonych szyb. Zerwała się zamieć, na szczęście na przystanku nie czekałem zbyt długo. Tramwaj przyjechał prawie pusty, usiadłem na jednym z wielu wolnych miejsc. Za mną pierwszy-ktoś opowiadał drugiemu-komuś, którego w ogóle nie było słychać, ale który jednak musiał tam być, skoro ten pierwszy mu to opowiadał: "...zanim została moją ona była jego dupą. Mówię mu: -Ty, opowiedz mi coś o niej. -Mam ci powiedzieć krótko, czy długo? -No powiedz krótko. -Dobra krótko: ona jest kurwą. -A chcesz w ryja? -Przepraszam, przepraszam, nie wiedziałem, że ona jest teraz twoją dupą. Tak on mi o niej powiedział. Jak ja ją już teraz olałem, to ona ciągle do mnie wydzwania: -Cześć, co u ciebie słychać? -Słuchaj, ja mam tera inny związek,mówię, mów o co ci chodzi, albo się odpierdol. -Tak? To spierdalaj! I rzuca słuchawkę. A za chwilę znowu dzwoni: -Przepraszam, przepraszam, nie gniewaj się..." 
Nie chciało mi się obejrzeć do tyłu, nie widziałem twarzy więc było tak, jakbym słuchał radiowego słuchowiska. Towarzyszył tramwajowi dziwny człowiek, jadący wśród zamieci na duńskim czy skandynawskim, takim podobnym do składaka, rowerze. Zostawał gdzieś w tyle, gdy tramwaj jechał i doganiał go, gdy stał na przystankach lub czerwonych światłach. Ubrany był w skórzane spodnie, skórzaną kurtkę-marynarkę i dziwny, sporo za mały skórzany kapelusik. Uśmiechnięty, promieniował samozadowoleniem nad własną oryginalnością, a na jego przemarzniętej twarzy dało się zobaczyć wiele odcieni różu, fioletu i błękitu.
Zamieć ustała. Wysiadłem w śródmieściu, kaniony ulic krzyżowały się ze sobą. Jednym z nich doszedłem do ośmiokątnego placu im. niejakiej Wolności, z pomnikiem wybitnego człowieka pośrodku. Tym, którzy ten plac tak nazwali  nie chodziło raczej o modną ostatnio wolność dla gejów, lesbijek i innych tego rodzaju sex-dziwolągów, ale o tę dawną, wywalczoną spod panowania obcych zaborców, a okupioną krwią powstańców i żołnierzy. Skręciłem w ulicę P. i zacząłem liczyć numery kolejnych kamienic. Pod "25" grupa robotników kończyła instalowanie nowej elewacji. Kolumienki i ozdoby otaczające okna wystawowe i drzwi wejściowe sklepu były wykonane z drewna, właśnie kończono malować je na ciemnobrązowy kolor. W sklepie sprzedawano militaria. Wszedłem do środka i kupiłem sobie dosyć drogą, ale bardzo mocną torbę na ramię w kolorze oliwkowym, która służy mi do dzisiaj. Po przeciwnej stronie ulicy był chiński market -do niego również wszedłem, ale nic sobie nie kupiłem.