Około siódmej trzeba było wyjść z domu, żeby zdążyć -teraz zimą było o tej porze jeszcze ciemno. Do poprzedniej szkoły chodziło się na ósmą, czasem później, w dodatku miał do niej może co najwyżej z dwieście metrów. Po ośmiu latach wszystko tam było znane, oswojone, miało się ugruntowaną pozycję w klasie, kolegów, w tym jednego najlepszego. Tyle, że pod koniec jakoś nie szło mu nauce...
Szedł -piętnastoletni chudzielec w czapce narciarskiej, krótkiej trochę zbyt cienkiej kurtce i kupionych niedawno zimowych kozakach, które mu obtarły stopy -wśród większych i mniejszych cementowych sześcianów, w których ludzie żyli jedni nad drugimi i obok siebie. Jak półki w bibliotece, gdzie każde mieszkanie to książka z historią jego mieszkańców. "Saga rodu Skórzastych", "Dzieje związków erotycznych Wojciecha Kędziorka", "Ostatnie lata życia emerytowanej nauczycielki Jadwigi Kośl" -i setki, tysiące tego typu tytułów. Tu się urodził, wychował, tego miejsca z roku na rok coraz bardziej nie znosił.
Wzdłuż chodnika, którym teraz szedł był wąski trawnik z szeregiem dużych topoli, a za nim asfaltowa jezdnia -lubił tan odcinek, trochę jakby się szło brzegiem rzeki. "Dlaczego codziennie idę do tego okropnego miejsca, jak nazywa się siła, która mnie do tego zmusza i czemu jej ulegam, dlaczego nie skręcam gdzieś w bok?" Najgorsze były warsztaty -brudne, przetłuszczone drelichy, robocze buciory i czarny beret, w którym wyglądał okropnie. Czarna kawa w emaliowanych kubkach i wiecznie brudne ręce z odciskami i czarnymi wżerami wokół paznokci, których nie dawało się niczym usunąć. I to piłowanie, wiercenie, toczenie, frezowanie. Normy, które trzeba było zdążyć wykonać i wielkie maszyny, których na początku się bał, żeby nie obcięło palca, albo nie urwało całej ręki. W szkole nie było ani jednej dziewczyny, sami chłopcy. Bójki, krew lejąca się z rozbitych nosów, prostactwo i wulgarność, z jakimi nigdy się wcześniej nie zetknął. Trzeba sobie jakoś radzić... Niedawny pobyt u Babci na wsi -zapach zaoranych pól ciągnących się aż po horyzont i bezmiar nieba nad głową. Wyprawy z kuzynem do lasu i na bagna. Nocne niebo tak niesamowicie rozgwieżdżone i jakiś głos zdający się wzywać stamtąd przykutego do ziemi człowieka. Tu w mieście widać było co najwyżej kilka najjaśniejszych gwiazd. Często wyobrażał sobie, że kiedyś ucieknie z domu, że będzie żył w lesie, gdzie zbuduje sobie szałas albo ziemiankę, że będzie z łukiem polował na dzikie zwierzęta. Dosłownie oszalał na punkcie Stachury po przeczytaniu opowiadania "Jasny pobyt nadrzeczny".
Doszedł do szerokiej kilkupasmowej ulicy, dołączył do postaci czekających na tramwaj. Wsiadł do pierwszego, który nadjechał, stał się jedną z postaci jadących tramwajem. Już na następnym przystanku wysiadł -stąd widać już było szkołę, za nią był budynek warsztatów. Oświetlone jarzeniowymi lampami hol i korytarz -na jego końcu widać było halę z maszynami, wcześniej znajdowały się żelazne drzwi do szatni. Boksy z wiszącymi na rzędach haków drelichami, odnalazł swój wśród równie brudnych i przesiąkniętych olejem. Zapach warsztatu...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz