O mnie

pazar.jut@gmail.com (może żeby do mnie napisać alboco)

piątek, 7 czerwca 2013

Henri Charriere "Papillon"



 "Miotana przez fale niczym źdźbło słomy łódka wspina się na ich niebotyczne grzbiety, po czym zapada w dół tak głęboko, że wydaje nam się, iż to już koniec. A jednak stale wypływa na wierzch, wspina się na grzbiet kolejnej fali, jeszcze jednej i następnej, i znów daje nurka w morską otchłań."

 "Żyję tylko jednym: uciec, uciec, w pojedynkę lub z kimś, ale uciec! Choć myśl ta nie daje mi spokoju i spędza sen z powiek, idąc za radą Jeana Castellego, nie dzielę się nią z nikim. I nie zawaham się przed niczym, aby prysnąć."

 "Gdyż właśnie tutaj, zdany na pastwę  żywiołów przyrody, wiatru, morza; tu, pomiędzy głębokimi falami i imponującym, zielonym sklepieniem dżungli, czuje się człowiek nieskończenie mały względem wszystkiego, co go otacza, i być może, wcale go nie szukając, spotyka Boga, jakby dotyka go palcem. Tak jak Go dotykałem w ciemnościach przez te tysiące godzin, jakie spędziłem w lochach, gdzie -pogrzebany żywcem -przebywałem pozbawiony jednego promienia światła, dotykam Go i dzisiaj w jasnym blasku tego słońca, które wstaje, żeby spalić wszystko, co nie jest w stanie mu się oprzeć; naprawdę dotykam Boga, czuję go wokół siebie, w sobie. Szepcze mi do ucha: "Cierpisz i cierpieć będziesz jeszcze bardziej, ale tym razem postanowiłem być przy tobie. Wyjdziesz z tej próby wolny i zwycięski, obiecuję ci to."

 

poniedziałek, 13 maja 2013

Z zeszytu pewnego ośmiolatka










 Szewczyk Dratewka miał trzy zadania do wykonania: Pomóc zwierzętom, a one potem odwdzięczyły mu się. Uratować królewnę. Żyć z nią długo i szczęśliwie.


piątek, 10 maja 2013

Twoje miejsce pod słońcem

 Nie na plaży Costa Brava, ani na jednej z wysp archipelagu Fidżi, ani na luksusowym transatlantyku pośrodku oceanu, ani na pełnomorskim jachcie płynącym wzdłuż wybrzeży Nowej Kaledonii, ani na łące Jana Janiaka we wsi Jany Średnie, lecz na ciasnym balkonie jednego z wieżowców na peryferyjnym osiedlu miasta w centralnej Polsce, rozkoszował się lekkimi dotknięciami wiatru i błogosławionym ciepłem majowego słońca odczuwanymi na swej zmęczonej twarzy pewien człowiek, chwytający kurczowo każdą mijającą sekundę tej z wielkim trudem wyrwanej z kołowrota zajęć godziny i usiłujący nie słyszeć ryku aut jadących nieprzerwanym sznurem ulicą w dole.


środa, 8 maja 2013

Brzeg


 Przeszedł obok bloków, ale zupełnie innych od tego jednego z dziesiątek bliźniaczych sześcianów z rzędami okien, w którym mieszkał w swoim mieście daleko stąd, następnie skręcił w ulicę Trzech Kotwic, gdzie niedaleko ulicy Piastowskiej znajdował się prywatny sklep wędliniarski ze swoją specjalnością -końską kiełbasą, po którą przyjeżdżano podobno z daleka, a której on nie miał nie miał odwagi kupić sobie na spróbowanie, ponieważ w rozmaitych opowieściach obrzydzano mu koninę od dzieciństwa. Minął hotel "Piast" z restauracją na parterze, z której do późna w noc słychać było muzykę -od kilku dni miał tu wynajęty mały pokoik na ostatnim piętrze z umywalką, niezbędnymi meblami oraz oknem z widokiem na stojącą po przeciwnej stronie ulicy kamienicę i księżyc tak jasny, że aż raził w oczy gdy na niego wieczorami patrzył, ponad nią. Szedł kawałek ruchliwą i dosyć tłoczną ulicą, potem skręcił w ulicę o wiele mniej tłoczną i prawie bez aut, chyba na Stare Miasto -gdzieś tu był ten bar, w którym zaraz na początku pobytu zamówił gołąbki z ryżem i mięsem, a po podaniu okazały się one gołąbkami z ryżem bez mięsa. Potem już jadał na dworcu. Poszedł w stronę kościoła św. Mikołaja, którego gotyckie wnętrze tak wielkie na nim zrobiło wrażenie swoją wysokością. Wszedł do środka.
 Modlił się.
 Żeby Bóg wskazał mu drogę.
 Nie miłość, lecz samotność sprawiła, że znalazł się w tym miasteczku, które od początku polubił, że piąty już dzień spędzał przedpołudnia spacerując jego ulicami, czekając aż skończy pracę ta, do której przyjechał, dziewczyna o niemodnym imieniu. Szli potem coś zjeść, albo tylko na lody -był straszny upał -albo się opalać, albo pochodzić po mieście, pokazywała mu różne ciekawe miejsca. Wracali do hotelu, z restauracji na dole do późna w noc słychać było muzykę. Jutro sobota, będą mieli całe dwa dni tylko dla siebie -planowali zrobić sobie jakąś wycieczkę.
 Nie miłość lecz jej brak sprawił, że wkrótce wyjechał z tego miasteczka na zawsze. Samotność czekała na niego w pociągu.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Tęsknota




 Jechał...
 Nie, nie jechał.
 Był w swoim mieszkaniu. Na ósmym piętrze. Patrzył przez okno z wysoka.
 To była jego godzina. Po skończonym dniu, kiedy wszyscy domownicy już spali, miał ją tylko dla siebie -godzinę o wiele godzin za krótką, za którą płacił w ciągu dnia chronicznym niewyspaniem.
 Znów go usłyszał -daleki gwizd, czy raczej trąbienie pociągu, a teraz słychać nawet stukot kół. Wiatr pewnie wieje od strony niewidocznego za blokami dworca, wtedy zawsze tak słychać.
 Więc jechał...
 Stukanie kół było teraz głośne, jego rytm zwalniał bądź przyśpieszał w zależności od prędkości pociągu, pod stopami czuł drgania podłogi. Szedł korytarzem zaglądając do kolejno mijanych przedziałów -czasem ktoś odpowiadał mu stamtąd obojętnym, sennym spojrzeniem. Było sporo wolnych miejsc, mimo to szedł dalej. Teraz siedział w ciepłym przedziale -jakaś starsza kobieta bezmyślnie patrząca w ciemne okno, nogi śpiącego mężczyzny, którego tułów był zakryty wiszącym na haku płaszczem, młoda siedząca naprzeciwko dziewczyna jedząca jabłko. Patrzył trochę na nią, trochę na korytarz, nie chciało mu się spać. Kolejna zmiana, znów inny pociąg, tym razem zatłoczony do granic możliwości -o miejscu w przedziale nawet nie ma co marzyć, korytarz pełen stojących ludzi i szczęśliwcy siedzący na tych rozkładanych siedzeniach pomiędzy oknami. Trzymał się jakiegoś uchwytu i drzemał stojąc. Teraz znowu korytarz był pusty. Stał oparty plecami o drzwi przedziału i palił papierosa patrząc w okno -na tle ciemnych pól, trochę jaśniejszego nieba i dalekich świateł jakiejś mijanej wioski widział odbicie korytarza i swojej zmęczonej twarzy.
 Nie palił papierosów, rzucił palenie jakieś dziesięć lat temu.
 Okno było oknem jego mieszkania na ósmym piętrze.
 Nie jechał.
 Miał tu obowiązki.
  
 

niedziela, 28 kwietnia 2013

Rekwiem dla Mirka Nazara


 Pewnego razu szedłem skądś dokądś. Na mojej drodze był wielki cmentarz, który trzeba było obejść -postanowiłem skrócić sobie drogę, przeskoczyć płot i wyjść bramą z drugiej strony. Przelazłem przez betonowy parkan i znalazłem się na cmentarzu, ale jakby z innego czasu i miejsca -prawie żadnych pomników ani nawet drewnianych korytek, tylko porośnięte trawą i zachwaszczone kopczyki z jednakowymi, drewnianymi krzyżami. Na niektórych tabliczkach zamiast nazwisk widniały tylko litery "nn" -domyśliłem się, że leżą tu osoby pochowane na koszt państwa. Słyszałem niedawno, że w Domu Pomocy Społecznej, gdzie kiedyś pracowałem zmarł Mirosław Nazary, podopieczny z grupy, którą przez jakiś czas się opiekowałem. Nie miał rodziny więc pomyślałem sobie, że pewnie leży gdzieś w Polsce na takim właśnie cmentarzu. Przeszedłem obok kilku krzyży czytając nazwiska na tabliczkach i nagle... stanąłem przed jego grobem! Co sprowadziło mnie w to miejsce, Bóg czy on przywołał mnie tu z zaświatów? Uznałem to za jakiś niezrozumiały cud i poszedłem kupić mu znicz.
 Na przełomie XIX i XX wieku na wzgórzu, gdzie znajduje się najstarsza część cmentarza przy ulicy Szczecińskiej w Łodzi stał jeszcze wiatrak. W czasie I-ej wojny światowej pochowano tu poległych żołnierzy, w okresie międzywojennym założono cmentarz. Po 1972 roku zaczęto go powiększać, przyłączono przylegające do cmentarza łąki nazywane przez okolicznych mieszkańców "piekiełkiem". Podczas kopania grobów natrafiono na urny -odkryto cmentarzysko z II-III wieku naszej ery. Zmarli z tamtych zamierzchłych czasów i zmarli teraz -złączeni miejscem, rozdzieleni przepaścią wieków.
 Wczesnowiosenny pochmurny dzień, po kilku latach nieobecności znów stoję przy grobie Mirka. Nie wybrałem się tu z jakiegoś specjalnego powodu jak np. rocznica śmierci, czy nagły atak tęsknoty za zmarłym -jakoś tak sobie o tym miejscu przypomniałem, a przyjechałem akurat z braku czegokolwiek innego do roboty. Jego ojcem był podobno jakiś Arab, matka zdaje się zostawiła go zaraz po urodzeniu w szpitalu. Brakowało mu sporego kawałka kości z tyłu głowy, chodził, ale słabo, miał chyba padaczkę -choci nie jestem pewien, już nie pamiętam. Nie reagował nawet na swoje imię, jadł tylko papki, którymi trzeba go było karmić, załatwiał się w pieluchy. Pamiętam go w takich rajtuzach dla dorosłych, jak snuł się drżącym krokiem po "małej bawialni" -pustym pokoju bez żadnych sprzętów, w którym przebywało kilku najbardziej upośledzonych chłopców -albo siedział pod ścianą. Potem ktoś go popchnął, przewrócił się i złamał rękę -miał założony gips i siedział w wózku inwalidzkim przywiązany, żeby nie wstawał. Zmarł w wieku 21 lat, ale nie wiem na co, już tam wtedy nie pracowałem.
 Część krzyża, która była wkopana w ziemię spróchniała, leży on przewrócony na zapadniętym kopczyku.  Wkopuję go na nowo -jest teraz krótszy, ale zawsze to krzyż. Dobrze, że zabrałem łopatkę. Kiedyś planowałem zrobić tu trochę porządku, może wkopać korytko, ostatecznie doszedłem do wniosku, że niech zostanie tak jak jest. Spośród chwastów wybieram kawałki popękanego znicza -tego, który postawiłem tu kilka lat temu -zapalam w tym miejscu nowy. Stoję jeszcze chwilę.
 Do mijanego po drodze pojemnika na śmieci wrzucam brudne, okopcone szkiełka, zebrane kawałki poprzedniego znicza.