Pewnego razu szedłem skądś dokądś. Na mojej drodze był wielki cmentarz, który trzeba było obejść -postanowiłem skrócić sobie drogę, przeskoczyć płot i wyjść bramą z drugiej strony. Przelazłem przez betonowy parkan i znalazłem się na cmentarzu, ale jakby z innego czasu i miejsca -prawie żadnych pomników ani nawet drewnianych korytek, tylko porośnięte trawą i zachwaszczone kopczyki z jednakowymi, drewnianymi krzyżami. Na niektórych tabliczkach zamiast nazwisk widniały tylko litery "nn" -domyśliłem się, że leżą tu osoby pochowane na koszt państwa. Słyszałem niedawno, że w Domu Pomocy Społecznej, gdzie kiedyś pracowałem zmarł Mirosław Nazary, podopieczny z grupy, którą przez jakiś czas się opiekowałem. Nie miał rodziny więc pomyślałem sobie, że pewnie leży gdzieś w Polsce na takim właśnie cmentarzu. Przeszedłem obok kilku krzyży czytając nazwiska na tabliczkach i nagle... stanąłem przed jego grobem! Co sprowadziło mnie w to miejsce, Bóg czy on przywołał mnie tu z zaświatów? Uznałem to za jakiś niezrozumiały cud i poszedłem kupić mu znicz.
Na przełomie XIX i XX wieku na wzgórzu, gdzie znajduje się najstarsza część cmentarza przy ulicy Szczecińskiej w Łodzi stał jeszcze wiatrak. W czasie I-ej wojny światowej pochowano tu poległych żołnierzy, w okresie międzywojennym założono cmentarz. Po 1972 roku zaczęto go powiększać, przyłączono przylegające do cmentarza łąki nazywane przez okolicznych mieszkańców "piekiełkiem". Podczas kopania grobów natrafiono na urny -odkryto cmentarzysko z II-III wieku naszej ery. Zmarli z tamtych zamierzchłych czasów i zmarli teraz -złączeni miejscem, rozdzieleni przepaścią wieków.
Wczesnowiosenny pochmurny dzień, po kilku latach nieobecności znów stoję przy grobie Mirka. Nie wybrałem się tu z jakiegoś specjalnego powodu jak np. rocznica śmierci, czy nagły atak tęsknoty za zmarłym -jakoś tak sobie o tym miejscu przypomniałem, a przyjechałem akurat z braku czegokolwiek innego do roboty. Jego ojcem był podobno jakiś Arab, matka zdaje się zostawiła go zaraz po urodzeniu w szpitalu. Brakowało mu sporego kawałka kości z tyłu głowy, chodził, ale słabo, miał chyba padaczkę -chociaż nie jestem pewien, już nie pamiętam. Nie reagował nawet na swoje imię, jadł tylko papki, którymi trzeba go było karmić, załatwiał się w pieluchy. Pamiętam go w takich rajtuzach dla dorosłych, jak snuł się drżącym krokiem po "małej bawialni" -pustym pokoju bez żadnych sprzętów, w którym przebywało kilku najbardziej upośledzonych chłopców -albo siedział pod ścianą. Potem ktoś go popchnął, przewrócił się i złamał rękę -miał założony gips i siedział w wózku inwalidzkim przywiązany, żeby nie wstawał. Zmarł w wieku 21 lat, ale nie wiem na co, już tam wtedy nie pracowałem.
Część krzyża, która była wkopana w ziemię spróchniała, leży on przewrócony na zapadniętym kopczyku. Wkopuję go na nowo -jest teraz krótszy, ale zawsze to krzyż. Dobrze, że zabrałem łopatkę. Kiedyś planowałem zrobić tu trochę porządku, może wkopać korytko, ostatecznie doszedłem do wniosku, że niech zostanie tak jak jest. Spośród chwastów wybieram kawałki popękanego znicza -tego, który postawiłem tu kilka lat temu -zapalam w tym miejscu nowy. Stoję jeszcze chwilę.
Do mijanego po drodze pojemnika na śmieci wrzucam brudne, okopcone szkiełka, zebrane kawałki poprzedniego znicza.
Na przełomie XIX i XX wieku na wzgórzu, gdzie znajduje się najstarsza część cmentarza przy ulicy Szczecińskiej w Łodzi stał jeszcze wiatrak. W czasie I-ej wojny światowej pochowano tu poległych żołnierzy, w okresie międzywojennym założono cmentarz. Po 1972 roku zaczęto go powiększać, przyłączono przylegające do cmentarza łąki nazywane przez okolicznych mieszkańców "piekiełkiem". Podczas kopania grobów natrafiono na urny -odkryto cmentarzysko z II-III wieku naszej ery. Zmarli z tamtych zamierzchłych czasów i zmarli teraz -złączeni miejscem, rozdzieleni przepaścią wieków.
Wczesnowiosenny pochmurny dzień, po kilku latach nieobecności znów stoję przy grobie Mirka. Nie wybrałem się tu z jakiegoś specjalnego powodu jak np. rocznica śmierci, czy nagły atak tęsknoty za zmarłym -jakoś tak sobie o tym miejscu przypomniałem, a przyjechałem akurat z braku czegokolwiek innego do roboty. Jego ojcem był podobno jakiś Arab, matka zdaje się zostawiła go zaraz po urodzeniu w szpitalu. Brakowało mu sporego kawałka kości z tyłu głowy, chodził, ale słabo, miał chyba padaczkę -chociaż nie jestem pewien, już nie pamiętam. Nie reagował nawet na swoje imię, jadł tylko papki, którymi trzeba go było karmić, załatwiał się w pieluchy. Pamiętam go w takich rajtuzach dla dorosłych, jak snuł się drżącym krokiem po "małej bawialni" -pustym pokoju bez żadnych sprzętów, w którym przebywało kilku najbardziej upośledzonych chłopców -albo siedział pod ścianą. Potem ktoś go popchnął, przewrócił się i złamał rękę -miał założony gips i siedział w wózku inwalidzkim przywiązany, żeby nie wstawał. Zmarł w wieku 21 lat, ale nie wiem na co, już tam wtedy nie pracowałem.
Część krzyża, która była wkopana w ziemię spróchniała, leży on przewrócony na zapadniętym kopczyku. Wkopuję go na nowo -jest teraz krótszy, ale zawsze to krzyż. Dobrze, że zabrałem łopatkę. Kiedyś planowałem zrobić tu trochę porządku, może wkopać korytko, ostatecznie doszedłem do wniosku, że niech zostanie tak jak jest. Spośród chwastów wybieram kawałki popękanego znicza -tego, który postawiłem tu kilka lat temu -zapalam w tym miejscu nowy. Stoję jeszcze chwilę.
Do mijanego po drodze pojemnika na śmieci wrzucam brudne, okopcone szkiełka, zebrane kawałki poprzedniego znicza.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz